10 sierpnia zagrałam recital „dla przyjaciół” w wegetariańskim bistro Chwast Prast . Wstęp był wolny, przyszło kilka osób. Nie był to więc koncert, o którym można powiedzieć: „ale wydarzenie, tłumy, wielki sukces”.
A jednak dla mnie był ważny. Bo tego wieczoru wydarzyły się dwie rzeczy, które jeszcze jakiś czas temu nie były dla mnie oczywiste.
8 moich piosenek i 8 piosenek Tsoja
Przygotowując repertuar, dopiero po fakcie uświadomiłam sobie, że po raz pierwszy na moim występie proporcje się wyrównały. Osiem moich piosenek. Osiem utworów Wiktora Coja. I zaczęłam od swoich.
Jeszcze niedawno wyglądało to zupełnie inaczej. Coverów było więcej, bo po prostu miałam więcej cudzych piosenek, które mogłam zaśpiewać, niż własnych, które uważałam za gotowe, żeby pokazać je publiczności.
I to wydaje mi się dziś bardzo znaczące.
Zajmuje się także tłumaczeniami ukraińskimi i rosyjskimi. Napisz do mnie!
Kiedy zaczynałam śpiewać własne rzeczy, moje piosenki były trochę jak nieśmiali goście stojący pod ścianą. Były, ale nie zawsze pozwalałam im podejść do mikrofonu. Za to cudze utwory znałam. Wiedziałam, że działają. Wiedziałam, że ktoś już kiedyś ich słuchał i uznał je za warte słuchania.
Przy cudzej piosence nie musiałam zadawać sobie pytania: „Czy mam prawo to tutaj zaśpiewać?” Przy własnej — to pytanie pojawiało się samo.
Bo stworzyć piosenkę to jeszcze nie wszystko
Można napisać piosenkę i nadal nie wierzyć, że jest się autorem piosenek. Można mieć kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt własnych utworów i wciąż myśleć o sobie przede wszystkim jako o osobie, która wykonuje piosenki innych. Właśnie to się u mnie zmienia.
Nie chodzi tylko o to, że mam coraz więcej własnego materiału. Chodzi o to, że zaczynam traktować własne piosenki tak samo poważnie jak utwory artystów, których od lat podziwiam. Nie dlatego, że uważam, że są „równie wielkie”. Po prostu zaczynam rozumieć, że nie muszą najpierw udowodnić swojej wielkości, żeby mieć prawo istnieć. To jest wręcz niewykonalne.
A potem zaśpiewałam „Anastasija”
Tego wieczoru wydarzyło się coś jeszcze bardziej osobistego. Po raz pierwszy publicznie zaśpiewałam utwór „Anastasija”.
To piosenka szczególna, bo jest dedykowana mnie samej. Napisałam ją jako akt bezwarunkowej miłości do siebie. I chyba właśnie dlatego tak długo była trudniejsza do zaśpiewania niż niejedna piosenka o czymś bardzo bolesnym.
Bo kiedy śpiewam o świecie, o wojnie, o relacjach, o stracie czy o innych ludziach, zawsze mogę schować się trochę za historią. A kiedy śpiewam „piosenkę dla siebie” — nie ma się już za czym schować. Jest tylko człowiek, który mówi drugiemu człowiekowi: jesteś dla mnie ważna. Tyle że tym drugim człowiekiem jestem ja sama.
Zajmuje się także szeroko rozumianą konferansjerką. Skontaktuj się ze mną.
Piosenka przeciwko temu, co było kiedyś
„Anastasija” powstała także w bardzo konkretnym kontekście mojego życia. Jest przeciwieństwem tego miejsca, w którym kiedyś byłam — miejsca, w którym własne życie nie wydawało mi się czymś wartym kontynuacji. Dlatego zaśpiewanie tej piosenki publicznie miało dla mnie znaczenie większe niż zwykłe wykonanie nowego utworu.
Kiedyś trudno było mi uwierzyć, że jestem warta życia. Teraz stoję przed ludźmi i śpiewam piosenkę, którą napisałam po to, żeby powiedzieć samej sobie: kocham cię i nie musisz niczego najpierw udowadniać, żeby zasługiwać na tę miłość.
To chyba jeden z najbardziej osobistych utworów, jakie mam. I być może właśnie dlatego chciałam w końcu pozwolić innym go usłyszeć. Sądzę, że każda osoba zasługje na to, aby zadedykować sobie samej pełną miłości piosenkę.
Od „czy to jest wystarczająco dobre?” do „to jest moje”
Myślę, że moja droga od coverów do własnych piosenek nie polegała na nauczeniu się pisania muzyki. Bo tak naprawdę nie było to uczenie się czegoś zewnętrznego, raczej odkrywanie czegoś, co zawsze było wewnątrz.
Natomiast nauczyłam się czegoś innego: że mogę zająć miejsce obok innych autorów piosenek. Mogę zaśpiewać Coja. Mogę go kochać, inspirować się nim, wykonywać jego utwory. Ale mogę też zaśpiewać własną piosenkę, odmienną, moją. Nie muszę być drugim Cojem. Nie muszę być „wielką artystką”, zanim pozwolę sobie być artystką w ogóle, po prostu być.
Nie muszę mieć pełnej sali, milionów odtworzeń ani pewności, że moja piosenka komuś się spodoba. Mogę po prostu napisać ją, stanąć z nią przed ludźmi i powiedzieć: „To jest moje, to jestem ja.”
I chyba właśnie to wydarzyło się 10 sierpnia
Kilka osób przyszło do małego wegetariańskiego bistro. Zaśpiewałam osiem piosenek Coja. I osiem swoich. I między innymi po raz pierwszy publicznie zaśpiewałam „Anastasija” — piosenkę dla samej siebie.
Nie był to wielki koncert. Ale może nie każdy ważny moment musi wyglądać jak coś wielkiego. Czasami ważny moment to po prostu chwila, w której orientujesz się, że proporcje się zmieniły. Kiedyś więcej było cudzych piosenek. Teraz jest ich tyle samo co moich.
A ja coraz mniej pytam: „Czy moje piosenki są wystarczająco dobre, żeby je śpiewać?” I coraz częściej myślę: „Są moje. I mają prawo być usłyszane.”
A jeśli akurat macie ochotę usłyszeć jedną z moich piosenek — zostawiam ją poniżej.
